Archiwum

Archiwum autora

Torchbearer – dla tych co po raz pierwszy.

Maj 31, 2014 3 Komentarze

Jutro mija rok od kiedy Kickstarter Torchbearera dobiegł końca. Jeżeli lubicie retroklony, gry z nowoczesnymi rozwiązaniami, mechaniką bazującą na puli kości oraz nie obawiacie się mniej popularnych aspektów „klasycznego” stylu grania, jest to zdecydowanie gra dla was.

Nie zamierzam Torchbearera recenzować – po pierwsze masa recenzji łatwo może być zlokalizowana na sieci, po drugie recenzowanie produktów nad którymi się pracowało uważam, ża kapkę dziwne a po trzecie chciałem podzielić się z Wami czymś praktycznym.

Jak do prowadzenia Torchbearera przygotować się przed sesją?

  • Znajdź lub narysuj prostą mapkę. Trzy do sześciu pomieszczeń lub obszarów. Wrzuć kilka potworów troszkę skarbów, zastanów się nad niebezpieczeństwami lub też pułapkami, które postacie graczy mogą napotkać zwiedzając tą lokację. Map w internecie jest od zatrzęsienia – jeżeli potrzebujecie inspiracji – zawsze możecie znaleść coś ciekawego u Dysona albo poszperać na One Page Dungeon lub też zgarnąć coś z bloga Michaela Prescotta. Najważniejsze aby mapa nie była zbyd duża. Z mojego doświadczenia wychodzi, że na około 2-3 godzinną sesję gracze będą w stanie zeksplorować około trzech obszarów. Nie warto wkładać zbyt wiele pracy, jakość nad ilość.
  • Jeżeli chesz opracuj też zachaczkę w mieście, ale jeśli jest to wasza pierwsza sesja, możesz rozpocząć ją od narracyjnego wprowadzenia, gdzie gracze już się tej misji podjęli. W drugim wypadku możesz rozpocząć sesję od rzutu na losowe wydarzenia przy opuszczaniu miasta.
  • Pomyśl nad lokalizacją miejsca w którzym toczyć się będzie przygoda względem miasta w którym zaczynać swą podróż Jak ciężko się tam dostać? Jad długa będzie to podróż? Sprzwdź przykładowe poziomy trudności przy umiejętności Pathfinder – ustal z góry OB dla podróży. Nie przejmuj się zbytnio czy gracze będą w stanie ten rzut zakończyć sukcesem – zawsze przecież istnieje możliwość tego, że przy niepowodzeniu – dasz im po prostu Condition (zależnie od fikcji podróży) i tak i tak się dostaną. W przeciwnym wypadku możesz użyć klasycznego twista i drużyna zgubi się w drodze co często prowadzi do człkowicie nowej przygody i najczęściej zmagań z naturą ;D
  • Przeczytaj zasady ponownie. Serio, nie ma ich zbyt wiele, ale Torchbearer podobnie jak każda gra od BWHQ ma kilka zazębiających się systemów, które działają w tym samym czasie. Na początku zawsze będa schody, ale ludzie, którzy nie stronią od nowych rozwiązań i czerpią satysfakcję z tak zwanego „system mastery” będą czuli się jak ryba w wodzie.
  • Tworzenie postaci po raz pierwszy może zająć jakieś 40 minut, szczególnie kiedy macie tylko jeden podręcznik a kilkoro graczy (wszystko zwalnia przy wybieraniu ekwipunku). Pamiętaj, że gracze mogą tyle na siebie wpakować co ich postacie są w stanie udźwignąć (koszta się nie liczą).
  • Najważniejsza sprawa każda z postaci musi mieć Belief (bo dzięki jemu i za jego odgrywanie pod koniec przygody będzie dostawać nagrody) oraz instynkt. Ja preferuję instynkty obracające się wokoło obozowiska (Camp), które pozwalają na oszczędzanie Checks oraz przygotowanie się na kolejny etap podróży. Wszystko od naprawiania sprzętu, uczenia innych, zbierania żywności, zapisywania Scrolli, czy też gotowania. Instynkty podczas eksploracji nie są oczywiście niczym złym (Słuchanie przy dzwiach i tym podobne), ale mając instynkt kręcący się wokoło fazy Obozowiska jest prawie pewne, że dostaniemy za jego użycie nagrode pod koniec sesji.
  • Przed sesją wytłumacz graczom, że Torchbearer, podobnie jak każda inna gra fabularna bazuje na abstrakcji rzeczywistości. Ludziom może nie pasować to, że na przykład mechanicznie czas nie płynie kiedy nie wykonują oni testów. Może wydawać się dziwne, ze pochodnia nie płonie przez jakiś określony (widzimisiony) czas, ale mechanicznie płonie przez dwa testy. Gracze otwarci na podobne rozwiązania, będa w stanie doskonale dobobić sobie do tego fikcję, ludzie, kórzy czepiają się najmniejszych szczegółów (bo to nie realistyczne!) nie będa jak zwykle zadowoleni (ale przecież,  oni nigdy zadowoleni nie są).

A na co zwracać uwagę podczas sesji:

  • Robota papierkowa – przygotuj sobie specjalną kartkę na której będziesz śledzić upływ tur, stan pochdni, lamp i świec.
  • Cele – pamiętaj dać graczom chwilkę na określenie swych celów (Goals), po ustaleniu gdzie się podczas sesji wybierają.
  • Leader – gracze ustalają kóra z postaci będzie przewodzić podczas przygody. To do niej zależeć będzie w jaki sposób przebiegać będzie eksploracja i to ona będzie podejmowała decyzję na temat tego gdzie drużyna będzie się udawać – zarówno nad jak i pod ziemią.
  • Testy – gracze opisują co chcą zrobić (pamiętaj kto wpadł na pomysł, ta osoba będzie najczęściej podejmowała się testu). Od ciebie zależy podjęcie decyzji na temat tego jaką umiejętność będą oni testować, oraz jako będzie OB tego testu. Nie do graczy należy podejmowanie decyzji na temat tego jaką umiejętność będą testować, gracze nie mogą również wycować się po usłyszeniu OB. Podjęli decyzję – czas na test. Wszyscy, którzy opuścili miasto świezi (Fresh), po pierwszym nieudanym teście tracą tą Condition.
  • Pomoc. Postacie graczy mogą pomagać sobie w testach, posiadając umiejętność testowaną, lub taką, która została określona jako jedna z opcji pomocy (informacja ta jest zawarta w opisie umiejętności). Pamiętaj, że pomocnicy są objęci konsekwencjami testu. Jeżeli test się nie powiedzie a ty zdecydujesz się dać postaci testującej Condition, pamiętaj, że pomagający również ją dostaną, ale w ich przypadku będzie ona lżejsza. Na przykład główna postać będzie wyczerpana (exchausted), długą podróżą przez las, pomocnicy w jej teście mogą dotrzeć do celu głodni i spragnieni.
  • Grind – po każdych nieprzerwanych obozowiskiem (Camp) czterech testach, wszyscy dostają Condition. Zaczyna się od Hungry & Thirsty, pamiętaj, że jeżeli gracze już mają ta koncycję, to odznaczają kolejną na liście. Życie awanturnika ciężkim jest. Są dwa sposoby na wprowadzenie tego konceptu, od Ciebie zależeć będzie jak to zrobisz, bo znasz swych graczy lepiej odemnie. Piewszy sposób – organiczenie – mija czwarty test, wszyscy dostają Condition, a ty tłumaczych jak ta mechanika działa. Drugi sposób to wytłumaczenie tego mechanizmu po piewwszym teście – to dla tych graczy, któzy prefereują wiedzieć wszystko i nie być zaskakiwanymi.
  • Następnym krokiem jest wprowadzenie konceptu obozowiska (Camp) oraz wyjaśnienie w jaki sposób może ono być zainicjowane przez graczy (koncept Checks, które pozwalają na tą opcję)
  • Jedyny sposób na pozostanie świeżym (Fresh) to nie spapranie żadnego testu, oraz nie przekroczenie granicy czterech testów (rozbijając wcześniej obozowisko).

To chyba wszystko, jezeli macie jakikolwiek pytania – zapraszam do komentowania.

Co do dodatkowych pomocy:

  • Karty ekwipunku z lokacjami znajdziecie tutaj
  • The Dread Crypt of Skogenby jest doskonałą (i darmową, ale potrzebne wam będzie konto na DriveThruRPG) przygodą wprowadzającą do świata Torchbearera. Nie jest ona tak wyzywająca, jak Under the house… w podręczniku. No i na dodatek uczy jak prowadzić przygody, w jaki sposób ustaniawiać OB do testów. Zawieta listy przykładowych komplikacji po nieudanych. Masa na prawdę dobrych porad.
  • Karty postacie dla graczy oraz karty z maateriałami referencyjnymi na MG możecie pobrać tutaj.
  • Postacie z podstawki do pobrania tu
  • Jeżeli chcecie kilka dodatkowyc maszkaronów – pierwszy bestiariusz Petersena można pubrać tutaj, drugi jest tu.
Reklamy

Przymiarki do pierwszoedycyjnego gonzo-Warhammera

Styczeń 26, 2014 6 Komentarzy

Nasza kampania / ekstepryment w DnD B/X gdzie staraliśmy się grać według opublikowanych w podręcanikach zasad i jedynie w oficjalne moduły zakończyła się ponad sześć miesięcy temu. Ten eksperyment pozwolił nam na odkrycie masy smaczków, które ominęły nas, gdy graliśmy w DnD lata temu. NIeważne czy ktoś wychował się grając w Lochy i Smoki, czy też grał w nie w dalszym punkcie swej RPGowej kariery – wszyscy używali zasad domowych. Nie tym razem (choć przyznam, że zmieniliśmy kilka zasad specjalizacjie, ale jedynie po to aby wyższopoziomowi wojownicy nie zostawali w tyle). Mapowanie, zasięg światła w podziemiach, układanie się z potworami, specjalistycze szkolenia i szkolenie podwładnych na wyższe poziomy dzięki zdobytym skarbom to wydaje się rzeczy, o których nikt nie wspomina w rozmowach o starym DnD. Dla nas stały sie powodem, dla którego z tygodnia na tydzień wracaliśmy do na kontynent Znanego Świata – Mystary.

Sześć mieisęcy to kupa czasu, ale nie próźnowaliśmy. Udało nam się wreszcie wydać nową grę (granie w stare DnD było po części sprawdzeniem jak działa materiał źródłowy, ale okazało się na tyle fajne, że rozgrywkę, jak już wspomniałem wcześniej kontynuowaliśmy) i rozpoczęliśmy kampanię w Harnmastera, który od zawsze był na mojej liście gier do zagrania.

Jakieś dwa tygodnie temu mój znajomy podarował mi podręcznik do pierwszej edyycji Warhammera i wszystko się zmieniło. Budując na doświadczeniach z naszej kampanii w DnD i wciaż mając w pamięci świeże wspomnienia, postanowiłem zebrać ludzi i zagrać w pierwszoedycyjnego Warha, tak jak jego autorzy planowali – według zasad.

Będzie to wpis organizacyjny i wspomnieniowo-historyczny. Jak najbardziej zachęcam do dzielenia się sugestiami oraz pomysłami w komentarzach.

W zamierzchłych czasach w Polsce graliśmy oczywiśce w wydanie Mag’owe w naszym ojczystym języku. Aktualnie posiadam Games Workshop’owe wydanie z 1989 roku i grać będziemy po angielsku. Przestawienie sie na angielskojęzyczną terminologię zajmuje troszkę czasu, ale wychodzi na to, że wiele wtrąceń humorystycznych z orginału nie przetrwało przekładu na dialekt nadwiśnański.

Na poczętak troszkę przemyśleń na temat samej gry.

Gra fabularna osadzona w świecie Fantasy Warhammera była tylko po części opracowana jako brytyjska odpowiedź na DnD. Oczywiście autorzy wprowadzając punkty szaleństwa (i będąc prawdopodobnie mocno zainspirowani zasadami szaleństwa z Call of Cthulhu), punkty przeznaczenia (takie przymitywne narracyjne save gamey ;) i dość nowatorski system zarówno tworzenia postaci jak i jej późniejszego rozwoju (podobne rozwiązanie było znane z Travellera, ale używano go tylko podczas tworzenia postaci) jasno wskazują, że zamierzeniem było opracowanie oraz wydanie czegoś co wyglądać będzie świeżo oraz nowatorsko.

Drugim i wydaje mi się ważniejszym powodem, była chęć rodzielenia zasad do bitewniaka Warhammer Fantasy Battle, w których, szczególnie w drugiej edycji powolutku zaczęły wkradać się rozwiązania znane wcześniej z gier fabularnych (podobnie jak i do Chinmaila Garego Gygaxa i Jeffa Pereena) takie jak levelowanie odddziałów oraz „kampanijny” styl rozgrywki. Ciekawostką może okazać się to, że gra fabularna skonsolidowała uniwersum Warhammera pod które fundamenty wylała druga edycja Battla. Trzecia edycja systemu bitewnego ukazała się rok po przemierze gry fabularnej i w tym momencie dzieliły już one ze sobą ten sam świat. W tym momencie nie sprawiało to żadnych problemów, gdyż  świat Warhammera rozbudowywany był równocześnie, niestety w latach, które nadajdą, ku ogromnej frustracji niektórych fanów, dodatki do wersji fabularnej musiały nadganiać w wizji świata coraz to nowe edycje wersji gry bitewnej.

Co trzy głowy to nie jedna.

Pierwsza edycja gry została wydana przez Games Workshop w 1986 roku. Cztery lata później GW przekazało prawa do publikacji Flame Publishing, swojego imprintu zajmującego się wyłacznie wydawaniem produktów do gier fabualrnych. Flame kontynuował opracowywanie suplementów do roku 1992. Trzy lata później prawa do fabualrnej wersji Warhammera nabyło wydawnictwo Hogshead i do roku 2002 wydało reedycje zarówno klasycznych suplementów jak i kilka nowych dodatków – ja k na przykład księgę Krasnoludów oraz dodatek o Marienburgu. Pamiętajmy, że przez te 16 lat, mieliśmy doczynienia z w sumie nie zmienianą wersją pierwotnej mechaniki, kolejni wydawcy po prostu dodrukowywali nowe podstawki a w przypadku Hogsheada, również dodatki z minimalnie zmienioną szatą graficzną i nowymi okładkami. W tym samym czasie wersja bitewna ujrzała edycję trzecią (1987), czwartą (1992), piątą (1995) i szóstą (2000).

James Walis, właściciel Hoegsheada chyba na naszym rodzimym Dracoolu w 2001 roku mówił o tym jak trudno było współpracować z Games Workshop, który to nalegał na utrzymywanie spójności świata – cztery edycje gry bitewnej na prawdę w settingu namieszały co niemiara. Dla wielu fanów magia „klasycznego warhammera” gdześ zniknęła, bo szczerze mówiąc ostatanie suplementy od Hogsheada, po prostu wyglądały jakby tematycznie pochodziły z innej gry. 

Sprawa Polska.

Warhammer był i nadal zapewne jest grą niezwykle popularną w naszym kraju nad Wisłą. Spoglądając na okładkę oryginalnego wydania widać na niej dwa przymiotniki „grim” (mroczny) oraz „perillious” (pełen niebezpieczeństw) odnoszące się do świata w którym toczy się gra. We wnętrzu znajdujemy dość ewokatywny setting w którym toczy się odwieczna walka z rozprzestrzeniającymi się siłami zła – chaosem, kopupcją i zepsuciem świata i jego mieszkańców. Zarówno fizycznym jak i psychologicznym. Świat wygląda jakby z góry skazany był na zagładę. Sprawiło to, że ludzie zaczęli widzieć w grze „Dark Fantasy”, nie byłoby z tym żadnego problemu, ale niestety w swej najprostszej formie, Warhammer to gra o ratowaniu świata. Zaczynający jako szczurołapy czy też kuglarze, utytłąne w błocie weltschmezu, postacie graczy z każdą kolejną przygodą powolutku przeistoczają się w bohaterów, którzy na swoje własne barki dźwigną któregoś dnia odpowiedzialność za tego świata ratowanie.

Niedźwiedzą przysługę wyświadczyły grze poprzez klepanie o Dark Fantasy i zarazem wybiórcze czerpanie z materialow zródłowych magazyny Magia i Miecz a później Portal (na zachodzie ich funkcję pełnił fanzin Warpstone). Żyrokoptery i krasnoludzkie napędzane parą czołgi okazały się złe, demony chaosu oraz mutanty i mutacje – dobre bo to mrok budowało. No a potem doszla Jesienna Gaweda… i los systemu został w maszym kraju na zawsze przesądony :D

Zaznaczam, że nie staram się prowadzić krucjaty mającej na celu wytrzebienie mroku, czy tez Jesiennej Gawędy ze świata Warhammera. „Stauo się” jak to mawiał pewien artysta i się nie odstanie. Ludzie będą grali i prowadzili jak im się żwynie podpoba, ale chciałem zaznaczyć że narzekania samozwańczych „Warhammerowych purystów” na Games Workshop, są delikatnie mówiąc nieproduktywne. Większość argumenów purystów można wrzucić do worka z zasadnymi i słusznymi, ale oni również wybiórczo traktują metariały źródłowe na którym ich ukochany system został zbudowany. Pamiętacie? Trzecia i czwarta edycja bitewniaka – to powinna być wasza wyrocznia, a pomazać błotem to można nawet i żyrokopter. Stworzona została po prostu jedyna i słuszna wersja Warhammerowego świata żyjąca w wyobraźni fanowskiej a potem wprowadzona do polskiego kanonu przez kilka osób, które po prostu grały w taki sposób i miały ponadto siłę przepchnięcia swej wizjii na łamach ogólnopolskiej prasy branżowej. Pamiętacie jakie narzekanie było kiedy w jednym z numerów Portalu (cyba) ukazał się artykuł fanowski o krasnoludzkich służbach specjalnych? Ile to łez się na to polało i jakie to narzekanie było, że to przecie nie Warhammer, że to obraza Krasnali, śmiech na sali. I pamiętam, że potem się tłumaczono z tego Kwietniem i pirma aprilis, żałosne. W tych latach obowiązywała już szósta edycja bitewnika i przez to żyrokoptery były już częścią kanonu, dlaczego nie można go było po prostu poszerzyć o te kilka krasnali se służb specjalnych? Przecie to czysto fanowski wymysł, dlaczego trzeba było prawie autorów palić na stosie za herezję?

Wina za cały mrok, brud, ubostwo i intrygi ponosi również kampania Wewnetrzny Wrog. Pierwszy do niej dodatek bowiem dodatek w tej kampanii to po połowie dokładniejszy opis Imperium Karla Franza a po połowie „przewodnik” na temat tego jak w Warhammera powinno się grać. Zarówno te porazy jak i artykuł ustawiały świat na skraju zagładu. Potwory żyjące tuż poza granicami cywilizacji i murami miast. Ale nikt nigdy nie mówił że trzeba się potem taplać w błocie a postaciom g raczy ma zawsze bić deszcz w twarz.

Wypada też wspomnieć o takim zjawisku jak pragnienie fanów do posiadania ulubionej gry, czy też wymaginowanego świata na własność. Znacie jakiś lepszy sposób na osiągnięcie tego celu, niż wytworzenie alternatywnego świata, zbliżonego do tego znanego z postawki, który może nawet i wyglądać jednakowo jeżęli wystrczająco mocno zmrużycie oczy. Śwait ten jednak będzie o wiele bardziej „niebezpieczny” oraz „niewybaczający żadnych błędów”, bo to w jakiś sposób robi go specjalnym, przez co i staje się on „światem naszym” a nir „światem ich”. Wydaje mi się żę nasze krajowe skrzywienie młotka pod Dark Fantasy miało właśnie taki cel. Wyrwać grę z okropnych szponów psującego ją cały czas Games Workshop  i uczynienie jej naszą, własną (i często uważaną, za jedynie słuszną) wersją Warhammera. Ale czy to jeszcze jest Warhammer czy już jakaś kompilacja zasad domowych?

Nie mnie oceniać jakie miało to efekt, ale spójrzcie jak wielka popularność ma cały czas w naszym kraju Dark Fantasy. Prawdopodobnie cały ten staroświatowy mrok to była odpowiedź na jakiś nasz fanowski głód Dark Fantasy i naszą skłonnośc do martyrologii ;), który ludzie odpowiedzialni za Jesienną Gawędę, oraz artykuły w prasie branżowej zauważyli i po prosu dali fanom to czego się oni domagali. A co było później? Monastyr, Klanarchia m masa innych mrocznych fanowskich projektów. Po prostu widać że taki granie lubimy :D

Krótki powrót do tematu.

Widzę, że zebrało się to na jakiś gigantyczny wywód o tym czym jest Warhammer i czy jest jego polskie wcielenia, a miała być mowa o planowaniu mojej własnej kampanii. Patrząc krytycznym okiem na Kamienie Zagłady, masywną kampanię rozpoczątą przez Flame Publications a ukończoną w piątym akcie przez Hogsheada, gdzie rozpoczyna sie przygodę od cięcia orków i gobosów a cała akcja kumuluje sie w orgii zniszczenia, gdzie krasnoludzkie żyrokoptety toczą powietrzną bitwę z latającymina dyskach Tzeentcha czarodziejami chaosu… Przecież tak prawie kończy się każda z heroicznych kampanii w DnD, gdzie toczy się epicka bitwa na tle której postacie graczy wykonuja swoja prawie niemożliwą misję, od której zależą losy całego świata.

Liczmistrz i Zamek Drachenfels to równiez całkiem heroiczne mini kampanie! Pierwsza ustawia początkujące postacie graczy przeciw złu niebotycznie bardziej od nich potężnemu i momo mocno mrocznego charakteru to wciąż postacie graczy wrzuceni sią tym razem przeciwko masie nieumarłych z nekromatą na czele a nie goblińskiemu wodzowi z całym zastępem zielonoskórych szubrawców. Zamek Drachenfels to prawie klasyczny dungeon crawl, z dziwacznymi pułąpkami, nawiedzonymi komnatami oraz masą adwersarzy okupujących tytułową budowlę.

Jak wspominałem na początku, zamierzam prowadzić według podręcznika ale również według oficjalnego wizerunku świata znanego z wszystkich educji Battla – tak aby temu co chciał zawrzeć w grze Games Workshop dać szansę. Na dobre czy na złe, jak się tego nie wypróbuje to po propstu człowiek nie będzie wiedział.

Mnie okropnie podobają się klimaty gonzo – im dziwaczniej tym lepiej i wydaje mi się, że pierwszoedycyjny Warhammer do takiego włąśnie grania nadawać się będzie znakomicie. W miarę prosta mechanika, wszyscy mieszkańcy tego ponurego świata się nienawidzą lub w najlepszym wypadku tylko sobie nie ufają. Syndrom „nagiego krasnoluda” nie jest dla mnie żadnym problemem, bo jak wspominałem wcześniej krzyżowanie świata z wersją bitewną całkowicie to usprawiedliwia. Bardzo lubię Skaveny oraz ich sekretne plany, podobnie jak i krasnoludy chaosu z ich centaurami, poskręcanymi brodami i chmurami węglowego dymu otaczającymi ich na każdym kroku.

Grałem dość długo za młodu w Man-O-War‚a, więc dziwaczne wymysły technoilogiczne GW nie są mi obce i nie powodują u mnie odruchów wymiotnych. Ogromny pływający dzwon Skavenów – czemu nie, barki chaosu plujące zgniłą mazią? Żaden problem. Krasnoludzki czołg parowy, lub łódź podwodna z tragicznie zawodnymi torpedami? Piękie – tylko dać graczom to do zabawy i czekać aż niechybnie nastąpi tragedia ;)

Zacznę pewnie od Zamku Drachenfels, bo dość łatwo będzie się moim graczom – wyrosłym na DnD dostosować do takiej w miarę znanej koncepcji gry eksploracyjnej i dodatkowo zaznajomią się z zasadami. Z dodatków planuję używać dwójki tomów Realm of Chaos z ich nieprzebranymi tabelami losowymi, które dostarczą pewnie materiałów iraz inspiracji na miesiące grania. Trzecim tomem będzie Hoghsheadow Realms of Sorcery z wiatrami magii i całym tym tałatajstwem magicznym. Jjeszcze nie czytalem go w całości i może się okazać, że aż nazbyt pięcioedycyjnym bitewniakiem jest przesiąkniety, ale cieszy mnie to, że wreszcie ktoś ujednolicił Warhammerową magię i miejmy nadzieję, że nie będzie trzeba wertować sterty dodatków w poszukiwaniu tego jednego zaklęcia, czy też maszkarona. Wizję imperium z Wewnętrznego Wroga na początek zignoruję i, podobnie jak i Ksiegę Wiedzy Tajemnej (bo mam RoS). Po tym jak skończymy z Zamkiem pana D i gracze będą chcieli kontynuować zabawę to prawdopodobnie stworzymy nowe postacie i zagramy w Liczmistrza a później już przejdziermy na czysty sandbox z greatest hits of Warhammer Battle 3rd and 4th edition a tle :D

Czy ktokolwiek z was grał w takiego z braku lepszego określenia „gonzowego i battlowego” warhammera?

Paranoia – czyli średnio udany eksperyment

Kwiecień 14, 2013 11 Komentarzy

Okładka drugiej edycji (w którą nie graliśmy)

Pierwsza edycja Paranoi – dystopijnej gry fabularnej ukazała się w 1984 roku i prawie automatycznie uzyskała status gry kultowej gry humorystycznej na której inni powinni się wzorować. Dla niewtajemniczonych – akcja toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości, settingiem jest ogromny podziemny kompleks Alfa, który zawiadowany jest przez KOMPUTER. KOMPUTER mający na oku dobro wszystkich jego mieszkańców. KOMPUTER, którego jedynym zadaniem jest utrzymanie populacji ludzkiej żyjącej w kompleksie w stanie ciągłego uszczęśliwienia. KOMPUTER odpowiadający za wszysko co znajduje się w kompleksie ina wszystko mający baczne oko. Gracze wcielają się w Troubleshooterów*, powiedzmy, że w lekkim tłumaczniu można określić ich jako rozkminiaczy, mających na celu usuwanie (lub raczej zamiatanie pod przyszłościowy dywan) przeszkód z drogi cywilizacji przyszłości której główną dyrektywą jest spędzanie szczęśliwego i bezproblemowego żywota ku chwale KOMPUTERa.

W teorii gra oferuje świetną rozrywkę, w praktyce wygląda to zupełnie inaczej (przynajmniej dla tego osobnika, który pisze te słowa), ale o tym później.

Podstawy

Po naszej pierwszej (i okazało się, że ostatniej) sesji wychodzi na to, że Paranoia, jeżeli zdecydujecie się w nią zagrać, może otrzymać albo niechlubny honor okazania się jedną z najbardziej wymagających albo zależnie od waszego podejścia do gier fabularnych – najbardziej niegrywalną grą w waszej karierze.

Gry humorystyczne (a w szczególności te, będące grami tarej daty) wymagają nie tylko ogromnego nakładu pracy od mistrza gry, ale również doskonałej znajomości upodobań ludzi biorących udział w grze. Popatrzcie tylko jak ciężko być komikiem i jak trudno jest napisać materiał, który będzie śmieszny dla dowolnie wybranej z tłumu osoby. To po prostu przysłowiowa Syzyfowa praca.

W taki sposób kończy swojego pierwszego kolna ogromna ilość śweżych Troubleshooterów.

Humor jest jedna stroną monety – drugą – wrażenie wszechogarniającej, tytułowej, paranoi (z wścibskim KOMPUTEREM, sprzecznymi rozkazami, nie mającymi sensu przepisami i zakazami i tym podobnymi elementami włącznie) . Aby to wszystko działało trzeba zapanować nad naprawdę ogromną ilością ruszających się niezależnie , ale zazębiających się czasami w większości przypadków kół zębatych. Pamiętajcie, że według twórców nieszczęście postaci, które prowadzimy ma być przekute na śmieszne sytuacje dla graczy (slapstick).

Gra, nie posiada żadnego mechanicznego wspomagania dla tego typu rozgrywki – więc ponownie mityczny świetny i wszechwiedzący MG będzie niezbędny aby jakoś powozić tym szalonym wozem, gdzie każdy z koni do niego zaprzężonych pragnie ciągnąć w swoją stronę. Gracze posiadają tak wiele informacji i tak okropnie przywaleni są danymi, że łatwo im będzie się po prosty w nich zgubić.

Mieliśmy szóstkę graczy. Tworzenie postaci zabrało około półtorej godziny. Poza statystykami, umiejętnościami i innymi standardowymi składowymi gier fabularnych każda z postaci stworzona przez będzie mutantem (posiadającym sekretną supermoc) należącym do jednego z sekretnych stowarzyszeń (chyba jest ich podstawce osiem), plus dochodzi do tego status w grupie (czy na przykład odpowiadasz za ogólną higienę waszej drużyny, czy też za broń) to na dodatek musi dostosować się dyrektywom komputera i innym mieszkańcom kompleksu Alfa, którzy mają wyższy od nich stopień dostępu (to oznacza prawie każdą osobę, którą dane będzie im spotkać, przynajmniej przez kilka pierwszych sesji). Warto wspomnieć, że każda z stworzonych postaci jest sklonowana i gracz dysponuje ich sześcioma sztukami (każdy kolejny jest aktywowany po śmierci poprzedniego).

Pamiętacie jak wspomniałem powyżej o obowiązkach Mistrza Gry, który musi zapanować nad całym chaosem i sprawować pieczę nad humorem? Dodajcie teraz wszystkie zmienne z tworzenia postaci i pomnóżcie je przez ilość graczy przy stole.

Komputer – zawsze czujny!

Mechanika – jak cep prosta – rzut K20, wynik mniejszy lub równy wartości waszej umiejętności lub statystyki, zależnie od tego co testujecie (oczywiście z modyfikatorami, jeżeli MG jakieś zastosuje) to sukces. Klasyczny task resolution. Niestety gra posiada ogromną ilość umiejętności, i dodatkowo wszystkie wasze statystyki generowane są niemodyfikowanymi rzutami K20 (z możliwością przerzucenia dwóch, jeżeli wartości wam nie opdowiadają). Aby dać wam jakąś perspektywę tego z czym przyjdzie wam pracować – po prostu 95% z waszych umiejętności będzie mieć wartość w granicach od 1 to 5. Co przy rzucie k20 nie daje wam zbyt wielu szans na osiągnięcie jakiegokolwiek sukcesu (pamiętacie w tym momencie wkracza na scenę HUMOR!) .

Nasza pierwsza sesja

Po skończeniu kreacji postaci zagraliśmy w scenariusz prosto z podręcznika (lub też z jakiegoś z pierwszych dodatków). Mieliśmy dwie troszkę wykluczające się misje – jedną z nich – przemalowanie jednego z korytarzy, który rzekomo z jakiegoś powodu został pomalowany na biało (wykluczając go z użytku wszystkich, wyłączając jedynie ludzi z najwyższym stopniem dostępu – programistów oraz roboty) a powinien być czarny (być dostępny dla wszystkich). To zlecenie było nam dane przez kolesia z Fioletowym dostępem, druga misja – wyprawa na powierzchnię, i odzyskanie kanistrów z jakiegoś rozbitego pojazdu dana nam było przez osobnika z niższym – zielonym kodem dostępu. Troszkę zostaliśmy zakręceni, ale nic strasznego. Przez około godziny męczyliśmy się z biurokracją, oraz z tym, że komputer myślał że korytarz jest czarny, a był biały.

Kłopoty

Dla mnie i kilku osób z którymi graliśmy gra po prostu nie działała. W zamierzeniu autorów miał być to slapstick, gdzie gracze rzucają kością i następnie mistrz gry opisuje kłopoty w jakie się przez ten rzut, który z pewnością im nie wyjdzie wpakowali.

Rozgrywka tego typu może bawić przez pół do może godziny, ale potem staje się nużąca. Prosta mechanika task resolution nie posiadająca, żadnej głębi ani nawet jakiś możliwości kapkę taktycznego grania jest również wyczerpująca dla ludzi, którzy są z grami fabularnymi w miarę dobrze zaznajomieni.

Troubleshooterzy nie powinni opuszać swoich kwater bez tego niesteandardowego stroju ochronnego. Niebezpieczeństwo może czychać za każdym rogiem!

Można powiedzieć, że każdy błąd gracza kosztuje go jednego klona, w zamierzeniu inne postacie muszą się dzięki temu czegoś nauczyć, a ponieważ nasz świeży klon nie pamięta niczego co stało się z jego poprzednikiem następuje tutaj kolejne dziwna sytuacja, gdzie gracz czuje się że oszukuje używając wiedzę która kosztowała jego poprzedniego klona życie.

Brak współpracy pomiędzy uczestnikami rozgrywki, w zamierzeniu twórców mający z pewnością stworzyć wiele humorystycznych sytuacji, starzeje się niezwykle szybko (szczególnie gdy inne gry w które graliśmy nagradzają i zbudowane są wokoło konceptu drużyny, która ma się uzupełniać i wzajemnie sobie pomagać).

Niewiedza jest frustrująca, nie zabawna, na papierze te wszystkie zabiegi działają, w praniu niestety to wszystko rozpada się niczym domek z kart.

Wyobraźcie sobie sytuacje gdy ktoś wam opowiada jakąś zabawną historię, która się komuś przydarzyła, zabawną z punktu waszego widzenia, osoba o której mowa natomiast cierpi, ale ogólnie sytuacja jest zabawna więc wszyscy się śmiejemy, bo mamy do tego jakiś dystans. Teraz wyobraźcie sobie, że jesteście tą osobą o której traktuje historia, i wszystko przydarza się wam w czasie rzeczywistym. Patrząc z perspektywy czasu – to całkiem zabawna historia, ale niestety jak w niej uczestniczycie o nie ma się z czego tak naprawdę śmiać.

Albo sytuację kiedy leżycie na boisku, bo właśnie się przewróciliście i podrapaliście, a na około zebrał się tłum ludzi, który wytykają was palcami i śmieją się z waszego nieszczęścia. To wydaje mi się najlepiej podsumowuje jak czułem się jako gracz w Paranoi.

Standard operating procedure.

Ogromna ilość informacji, która musi być przetworzona przez graczy. Nie wszystko ma sens i raczej nie będzie miało – różni ludzie dawać nam będą sprzeczne informacji – kogo będziecie słuchać? KOMPUTERA? Kolesia z wyższym stopniem dostępu? Co stanie się gdy koleś z nie za wysokim stopniem powie wam co macie zrobić, co nie będzie zgadzało się z waszą misją, ale on będzie trzymać w ręku broń, która może was odparować pozostawiając po was jedynie dymiące buty?

Paranoja jest grą w której najważniejszą statystyką jest wasz poziom dostępu. Można go opisać jako poziom doświadczenia, ale ta analogia nie za bardzo działa, ponieważ ta statystyka daje wam władzę nad większością mieszkańców Kompleksu Alfa (a mniejszym poziomem), pozwala na rozporządzanie lepszej klasy ekwipunkiem i zezwala wam na dostęp do zastrzeżonych zna zwykłych mieszkańców rejonów kompleksu. A jak pewnie zdajecie sobie sprawę najłatwiejszym sposobem na pięcie się po drabinie kariery jest donoszenie na innych, najlepiej graczy, bo oni są najbliżej i prawdopodobnie jakąkolwiek czynność aktualnie wykonują, można podciągnąć pod jakiegoś typu wykroczenie.

Warto zauważyć, że była to moja pierwsza sesja Paranoi (pierwszej edycji), jeżeli zagramy ponownie i moje spostrzeżenia się zmienią nie omieszkam was o tym powiadomić. Prawdopodobnie gra wymaga troszkę innych mięśni mięśni niż te które ćwiczyłem grając w pierwszą edycję DnD przez cały zeszły rok. O wiele więcej jest tutaj antagonizmu między postaciowego, o wiele więcej wbijania noży w plecy i donoszenia na swych współtowarzyszy niedoli. Jak na razie nie mam pomysłu na to w jaki sposób zbalansować ten cały rozgardiasz z tym, że gracze powinni również wykonywać zlecone im misje i po części przynajmniej w jakimś stopniu pracować wspólnie aby osiągnąć cel misji.

Możliwe że gra nie daje nam odpowiedniej motywacji aby to zrobić, możliwe, że problem polegał na tym, że nasz MG nie prowadził Paranoi przez ostatnie dwadzieścia lat, a może po prostu powinniśmy byli zagrać w gotową przygodę z przygotowanymi do niej wcześniej postaciami?

A może po prostu autorzy gry powinni jak krowie na rowie wytłumaczyć świeżym graczom jak w Paranoję powinno się grać a nie zwalać całą odpowiedzialność za powodzenie sesji na Mistrza Gry i jego umiejętności dedukcji tego jak w Paranoję powinno się grać poprawnie.

Chcieliśmy dać Paranoi szanszę. Możliwe że podeszliśmy do gry nie w taki sposób w jaki powinniśmy. Planowaliśmy długą kampanię, możliwe że gra sprawdza się lepiej jako jednostrzał, lub klasyczna gra konwentowa. Niestety kombinacja tumiwiśizmu mechanicznego i nieokreślonej ilości czasu, który byłby niezbędny do „nauczenia się” w jaki sposób w tą grę grać się powinno poprawnie skutecznie nas od niej odstraszył.

Szkoda, ale dla mnie wina tego leży po stornie autorów.  Oczywiście można powiedzieć, że nie graliśmy w ta grę tak jak się w nią grać powinno, ale jeżeli nawet autorom nie chciało się z swieżymi graczami podzielić ta mistyczną  wiedzą to dlaczego gracze mieliby tracić nas wolny czas na próby zrozumienia jak ta gra powinna działać?  Jest jeszcze przecież tyle gier na rynku nie wymagających takiej gimnastyki.

A miał być to klasyk.

Ale możliwe że wam udało się zagrać w tą grę i wasze sesje były co najmniej satysfakcjonujące. Jeżeli tak to podzielcie się z nami swoimi doświadczeniami.

*Troubleshooter to dość fajna gra na słowach i znaczeniach w odniesieniu do Paranoi . Jeżeli spojrzymy na nie ze strony komputerów, to po prostu taka osoba, która pomoże w rozwiązywaniu problemów wynikłych z używania sprzętu komputerowego (jak najbardziej adekwatna w Kompleksie Alfa). W tłumaczeniu dosłownym jest to osobnik który radzi sobie z usuwaniem problemów strzelając do nich (na czym większość argumentów w grze kończy). W przypadku Paranoi, poprawna definicja tego określenia leży gdzieś pośrodku tych dwóch przedstawionych powyżej sentencji.

Dungeons & Dragons: Fantasy Adventure Game Basic Rulebook [TSR, 1981]

Marzec 12, 2013 16 Komentarzy

Tak się ciekawie złożyło, że przez ostatni rok (a dokładnie troszkę dłużej) gram i prowadzę* prawie wyłącznie klasyczne Dungeons & Dragons (edycję z 1981 roku).

Dla mnie DnD od zawsze kojarzyło się z „killing shit & taking it’s stuff”. Takie jest utarte o tej grze przekonanie w fandomie (a przynajmniej części fandomu do którego ja należałem, kiedy jeszcze mieszkałem w Polsce). Kop w drzwi, wycięcie wszystkiego co znajduje się w komnacie, przeszukanie danego pomieszczenia na wypadek skarbów czy też sekretnych drzwi a następnie przejście do kolejnego pomieszczenia. Po kilkunastu komnatach, powrót do miasta, upłynnienie skarbów wydartych podziemiom, przeliczenie zabitych stworów na punkty doświadczenia, uzupełnienie zużytego ekwipunku, sen aby klerycy i magowie mieli świeży zapas zaklęć, awans na kolejny poziom doświadczenia (jeżeli uzbieraliśmy wystarczającą ilość jego punktów) i powrót do lochów aby tą całą operację powtórzyć ad nauseam.

O jak okropnie się myliłem! DnD w swej najczystszej formie nie jest w pierwszym rzędzie grą o rzezi potworów, kopaniu w drzwi oraz łupieniu skarbów. DnD można by opisać w skrócie jako doskonały zbiór prostych zasad do symulacji eksploracji podziemi przez grupę zapaleńców zamieszkujących świat fantasy, którzy wspólnie postanowili się wzbogacić. Oczywiście szlachtowanie monstrów, kopanie w drzwi oraz zbieranie łupów mieści się w powyższym opisie jak najbardziej, ale nie jest najważniejszym (lub jak ja uważałem w przeszłości – jedynym) elementem gry.

Co sprawiło, że w ogóle zainteresowaliśmy się w naszym gronie akurat tą klasyczną wersją D&D? Wydaje mi się, że po części ma to związek z tym, że przez lata nasłuchaliśmy się wywodów ludzi (szczególnie na konwentach) na temat Dungeons and Dragons, grania w niego, starych dobrych czasów. Zapewne miała na to również wpływ popularność, aby nie powiedzieć druga młodość OSRu, i tego, że po konsultacjach wewnątrz naszej grupy wyszło na to, że tak naprawdę nikt z nas nie grał nigdy w „stare dobre” pierwszoedycyjne DnD.

Wiec wspólnie postanowiliśmy przeprowadzić mały eksperyment – mianowicie zagramy kilka sesji w DnD z tą różnicą, że grać będziemy według zasad i przekonamy się na własnej skórze jak ta gra na prawdę działa. Oczywiście nie graliśmy jedynie aby grać, chcieliśmy posprawdzać kilka rozwiązań, które mamy nadzieję wcielić w życie w naszym najnowszym projekcie RPGowym, ale to opowieść na inny dzień. Co sprowadza nas do dnia dzisiejszego gdzie po ponad roku cały czas gramy w „Smoki i Podziemia” i wydaje mi się że przez ten czas naprawdę bawimy się przednie przemierzając niezmierzone podziemne w poszukiwaniu skarbów, chwały i punktów doświadczenia.

Wyszło na to, że czwórka z szóstki osób z którymi gram regularnie zaczynała swą przygodę od AD&D, a pozostała dwójka nigdy wcześniej w grę fabularną nie grała. Po kilku sesjach wyszło na jaw, że ta literka „A” przed D&D robi naprawdę ogromną różnicę szczególnie jeżeli prostota zasad jest dla was ważnym elementem rozgrywki, ale to już temat na inny wpis. Dodam jeszcze, że gramy jedynie w oficjalnie opublikowane moduły. Dlaczego? Jest to związane z nakładem czasu jaki jest potrzebny do opracowania własnych przygód oraz mini kampanii. Przygotowanie sprawnie działającego modułu do DnD zajmuję ogromną ilość czasu, szczególnie jeżeli człowiek starać się będzie pozostać wierny wszystkim zasadom znajdującym się w podręczniku – nie jest ich zbyt wiele, ale nakład pracy potrzebny do opracowania map i opisów podziemi oraz przygotowania statystyk potworów

Nie zamierzam recenzować podręcznika, może w przyszłości napisze coś o zasadach, lub może o tym jakie moduły udało nam się ukończyć i jaką wartość one sobą reprezentują. Poniżej zamierzam przedstawić wam kilka naprawdę fajnych rozwiązań które znajdują się w tej niewielkiej, 64 stornicowej borszurce. Kto wie może nakłoni to was do bliższego zapoznania się z tą niezwykle ciekawą, przynajmniej dla mnie, grą.

Figurki na prawdę są opcjonalne i jedynie wydłużają niepotrzebnie walkę – wszyskie inne rekwizyty przedstawione powyżej są wręcz niezbędne.

Caller i Mapper

My mieliśmy szczęście i rozpoczęliśmy naszą przygodę z DnD w wersji edytowanej przez Toma Moldvaya. Jednymi z najciekawszych zasad zawartych w tym naprawdę świetnie i przystępnie napisanym podręczniku są dwie role, które zmieniają się pomiędzy graczami z sesji na sesję. Mowa tutaj o osobie odpowiedzialnej za komunikację z MG – Caller’em oraz osobę (lub osoby) która będzie odpowiedzialna za rysowanie mapy.

Caller jest przedstawicielem graczy, do niego należy ostateczna decyzja na temat tego jaką drogę i jakie wybory podejmie drużyna. Gracze oczywiście mogą mówić, proponować, planować we własnym gronie, ale Caller jest osobą, która ma ostateczny głos w temacie tego co drużyna będzie robić. Co bardziej doświadczeni ludzie czytający ten wpis od razu zrozumieją jak wiele problemów taka zasada niweluje. Po pierwsze MG nie musi słuchać kilku osób mówiących do niego jednocześnie – jedyna osoba mająca jego „ucho” jest Caller. Co za tym idzie automatycznie nawet drużyny składające się z sześciu lub więcej graczy, które są zawsze koszmarem do prowadzenia, nie wydają się już tak straszne. Caller ma również możliswość desygnowania jednego z graczy jako tymczasowego Caller’a na okoliczność na przykład solo rekonesansu przez tego delikwenta niezbadanych wcześniej rejonów podziemi. Obowiązki Callera kończą się jednak kiedy rozpoczyna się walka – podczas niej wszyscy członkowie drużyny działają niezależnie.

Mapowanie lokacji, które zwiedzają gracze jest nieodłącznym elementem klasycznych gier fabularnych. W DnD jest sprawą niezwykle ważna aby gracze dysponowali naprawdę dokładnymi mapami zwiedzanych przez nich lokacji. Prowadzi to do dość śmiesznych sytuacji kiedy to po otworzeniu drzwi do nowej komnaty spędza się około minuty w czasie której MG nie tylko opisuje to co znajduje się w pomieszczeniu, ale również podaje maperom konkretne wymiary tej lokacji. Mapowania jest sztuką (podobnie jak i sztuką jest konkretne opisywanie wymiarów pomieszczeń przez MG), a fakt, że każdy z członków drużyny będzie musiał kiedyś rysować mapę naprawdę składnia do tego aby tą umiejętność opanować przynajmniej na podstawowym poziomie. Dlaczego jest to niezwykle ważne? Ponieważ w DnD MG prowadzi rachubę czasu, który upłynął w podziemiach. Każdy nowy przebyty korytarz, czy też komnata w której poszukuje się skarbów czy też ukrytych przejść, to czas który upływa. Wraz z upływem czasu kończą się zapasy, wypalają się pochodnie lub latarnie (światło to kolejny ważny czynnik, bez którego drużyna nie będzie się w stanie obejść – chyba że jej członkowie składają się z przedstawicieli ras, które są w stanie widzieć w ciemności, bo w ciemności nie da się nie tylko walczyć, ale również funkcjonować). Zasady jasno wyjaśniają, że jeżeli gracze przemieszczają się po terenie już przez nich odkrytym i zmapowanym nie kosztuje to ich upływy czasu. Im dłużej gracze guzdrają się w podziemiach tym więcej rzutów na random encounters MG , więc w najlepszym interesie graczy jest to aby w podziemiach spędzić jak najmniejszą ilość czasu i działać jak najbardziej efektywnie.

Hsssssssss…jeden udany atak i prawdopodobnie przyjdzie nam rzucić Save vs. Poison, albo skonać w męczarnich.

Dokładna mapa jest w stanie pomóc w odnalezieniu sekretnych przejść i komnat – można na niej metodą eliminacji sprawdzić gdzie potencjalna sekretna lokacja może się znajdować .

Teraz dopiero widać dlaczego tak wiele map z wczesnych modułów do DnD przedstawionych jest na kwadratowej siatce o boku10 stóp. Tak aby łatwiej było mapować oraz opisywać rejony przez które podróżują gracze MG. Schody przy mapowaniu zaczynają się kiedy designerzy upierają się przy tym aby gracze podróżowali przez naturalne jaskinie, gdzie siatka dziesięciostopowa działa powiedzmy umownie, lub kiedy gracze zaczynają popełniać błędy w mapowaniu. Autorzy zasad śa co do tego zgodni – MG nie powinien wprowadzać korekt do map rysowanych przez graczy, nie jest zobligowany również do rysowania lub w jakikolwiek inny sposób pomagania graczom w tym zadaniu. Prowadzi to czasem oczywiście do sytuacji, które przypominają grę w „głuchy telefon” kiedy to gracze opisują gdzie podróżują przez już odwiedzone części podziemi, i nagle napotykają na ścianę której tam nie powinno być. Może zaistnieć sytuacja odwrotna – kiedy to MG pomyli się opisując dane elementy podziemi, jest to mocno frustrujące, ale jak wspominałem powyżej zarówno obowiązki MG jak i mapujących to po prostu umiejętności, które należy w sobie wyrobić aby w pełni czerpać przyjemność z rozgrywki. Mnie osobiście prowadząc panowanie sztuki w miarę dobrego opisu dla graczy zajęło około dwóch wieczorów. Nie mówię, że jest to regułą, ale ja nigdy zbyt bystrą osobą nie byłem.

W Moldvay’owym DnD próżno szukać ilustracji ze skąpo odzianymi przedstawicielkami płci pięknej.**

Charyzma nareszcie się do czegoś przydaje!!!

Pamiętajcie że gra ta ukazała się w 1981 roku, więc możecie wyobrazić sobie moje całkowicie zaskoczenie kiedy okazało się że ta wersja DnD posiada zasado do rozwiązywania konfliktów bez rozlewu krwi! Dzisiaj nie dziwi takie podejście nikogo, ponieważ od jakiejś dekady gry spod znaku indie wprowadziły podobne zasady do mainstreamu gier fabularnych, ale w 1981 roku? To rzecz prawie nieprawdopodobna!

Jak to działa? Jeżeli postać potrafi porozumiewać się w języku jakim komunikuje się potwór, lub NPC, może ona wykonać (oczywiście kiedy zarówno sytuacja oraz MG na to przyzwolą) test reakcji modyfikowany przez jej bonusy do charyzmy i skonsultować wynik w tabeli, która daje wyniki od wahające się pomiędzy oburzeniem i natychmiastowym atakiem a całkowicie przyjazną reakcja na ofertę prezentowaną przez graczy.

Więc im wyższa Charyzma – tym większe prawdopodobieństwo na ułożenie się z rozumnymi mieszkańcami świata. To jeszcze nie wszystko – gracze są w stanie modyfikować jeszcze bardziej oferując na przykład rekompensatę w postaci kosztowności, żywności, lub oferowania pomocy, ponieważ nawet i potworom nie zawsze dobrze się na świecie wiedzie.

Nareszcie te wszystkie dziwaczne języki, które to losuje się podczas tworzenia postaci mogą zostać do czegoś użyte! My ,na przykład spotkaliśmy się z sytuacją w której gracze byli w stanie mówić nawet w dialekcie dopplegangerów! Nie wspominając nawet o przydatności takich zaklęć które pozwalają klerykom na rozmowy ze zwierzętami lub roślinami. Możliwości ich zastosowania w tym wypadku naprawdę ograniacz jedynie nasza wyobraźnia.

Dla niezorientowanych – tak wygląda kobold.

Co najważniejsze rozwiązanie problemu, czy też encounteru bez rozlewu krwi warte jest taką samą ilość punktów doświadczenia jak rozprawienie się z tym problemem przy użyciu zimnej stali. Przemoc nie popłaca, szczególnie kiedy postacie naszych graczy zostały już wcześniej troszkę poturbowane i zaczynają się powoli martwić tym czy uda im się powrócić do miasta w jednym kawałku.

W tym miejscu dodam jeszcze kilka uwag od siebie, nie mają one zbyt wiele wspólnego z ciekawymi rozwiązaniami, ale ludziom zainteresowanym graniem w tą wersję DnD mogą okazać się niezwykle pomocne.

W masie siła.

DnD to gra niezwykle zabójcza, bezkompromisowa i okrutna. Mówiąc szczerze prawie każde obrażenia mogą okazać się śmiertelne dla pierwszopoziomowej postaci. Najważniejszym priorytetem początkujących postaci powinno być po pierwsze zakupienie najlepszego pancerza na jaki ich tylko stać wraz z tarczą, a drugim krokiem jest wynajęcie pomocy – najemników oraz tragarzy. Najzabawniejsze jest to, że zasady nie przewidują możliwości najęcia kogokolwiek podczas pierwszej sesji – dopiero gry nasze postacie powrócą po raz pierwszy do miasta lub osady z której wyruszyły w poszukiwaniu przygody, mogą oni zacząć rozpuszczać wici w poszukiwaniu chętnych rąk do pomocy. Co ciekawe gracze mogą zdecydować się na wzięcie najemników oraz tragarzy pod swoje skrzydła i wytrenować ich na prawdziwych poszukiwaczy przygód. Nie będę się tutaj zagłębiać w to jak ten cały proces zachodzi, powiem tylko, że te ręce do pomocy muszą zostać dopuszczone do udziału w podziale zarówno skarbów jak i punktów doświadczenia. Zaletą posiadania wytrenowanych samemu postaci jest to, że mogą oni podobnie jak postacie graczy awansować na poziomy doświadczenia (do jeżeli mnie pamięć nie myli czwartego) i równocześnie stają się oni niejako stadniną postaci do wyboru w wypadku śmierci postaci gracza. O wiele łatwiej jest wskoczyć w buty kogoś, z kim podróżowała się już przez kilka sesji, niż tworzyć świeżą postać od początku. Taka postać po prosty czekając jedynie na przepisanie jej na pełnoprawną kartę postaci i jesteśmy gotowi do gry!

Można z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to z pewnością najgorszy dzień w życiu tego goblina.

Role Playing czy też Roll Playing?

Dla ludzi, którzy lubią wspominać wytartą regułkę zacytowaną powyżej – D&D jest grą posiadającą task resolution pełną gębą z wszystkimi tego typu mechaniki przywarami. Na prawdę dużo rzuca się kośćmi, a sytuacji do odgrywania postaci czy też do wczuwania się w nią nie ma zbyt wiele. Nie uważam tego za przywarę, jest to gra, jak wspominałem wcześniej, traktująca o eksploracji a nie o wewnętrznych rozterkach Jancia wojownika w podziemiach pod Zakazanymi moczarami. Co za tym idzie walki mogą się czasami niebywale przeciągać – szczególnie w przypadku, gry awanturnicy uwiązani są w konflikt z postaciami o wyższych poziomach doświadczenia, gdzie każdy ma niską klasę pancerza i naprawdę ciężko jest w cokolwiek trafić. Ale jak mnie pamięć nie myli podobny problem niekończońcych się walk miał pierwszoedycyjny Warhammer FRP, więc po prostu – taki już urok antycznych systemów. O, ale Warhammer nie miał tak świetnych zasad eksploracji podziemi.

Do usłyszenia, a jeżeli prowadzicie lub prowadziliście aktualnie podobnie jak ja Moldvayowe DnD – dajcie o sobie znać! Trzeba się jak najbardziej dzielić doświadczeniami.

Wszystkie ilustracje które znajdują się powyżej pochodzą z opisywanego przeze mnie podręcznika.

*Aktualnie prowadzę Temple of Elemental Evil – na zasadach  Moldvay’owego DnD, zdaje sobie sprawę, że jest to moduł do AD&D, ale tak prawdę mówiąc skonwertować trzeba jedynie zaklęcia. Oczywiście statystyki potworów i NPCów są mocno ponaciągane (bo to po pierwsze Gygax a po drugie winę za to ponosi samo AD&D), ale moim graczom nie przeszkadza dodatkowe wyzwanie (więcej HPków u potworów) – rok doświadczenia w atakowaniu podziemi za pasem robi swoje :D I jak na razie tylko dwa zgony a Moathouse zwiedzony.

** Mężczyźni na ogół tego nie zauważają, ale ogromna ilość tak zwanych ilustracji w podręcznikach do gier fabularnych nie przedstawia kobiet w przyjaznym (dla nich) świetle. Albo mamy do czynienia z roznegliżowanymi modelkami ściskającymi miecze, albo przedsawicielki płci pięknej strzelają dość dwuznaczne pozy. Wersja Moldvayowa takich ilustracji nie posiada, ale już w kolejnym reprincie (Gygax + Mentzer) ton ilustracji przedstawiających kobiety zmienia się całkowicie (na gorsze – za co jeżeli mnie pamięć nie zawodzi możemy podziekować dzięki Elmore’owi). Ludziom bardziej zainteresowany tym tematem polecam zapoznać się z tym artykułem.

MERP a sprawa polska

Marzec 17, 2011 20 Komentarzy

Chyba trudno wyobrazić sobie lepszą personifikację słowa fantasy niż… Wszyscy nowi i starzy fani gier fabularnych doskonale zdają sobie sprawę, że trylogia Władca Pierścieni, Hobbit, Niedokończone Opowieści czy też Silmarillion to niewyczerpana studnia inspiracji, z której czerpią od dawien dawna nie tylko autorzy literatury fantastycznej, ale również twórcy gier fabularnych, Mistrzowie Gry i sami gracze.

To dzięki Tolkienowi we wczesnym D&D mieliśmy zgrabne elfy i niewysokie, ale za to brodato-muskularne i krępe krasnoludy. To on sprawił, że orki, gobliny oraz trolle od zawsze nosiły złe imię i postrzegane były jako automatyczne i nieokrzesane zagrożenie, którego jedynym celem była eliminacja tego co uważane jest pospolicie za „dobre”. To on dał nam palących fajki, noszących kapelusze i żyjących w wieżach czarnoksiężników. I co najważniejsze w Hobbicie a następnie Władcy Pierścieni bohaterowie opowieście podróżowani jako drużyna, często złożona z niezbyt do siebie przystających osobników, ale osobnicy ci dzielili wspólny cel i to zarazem była siła, która ich jednoczyła. Bo każdy, kto miał choćby przelotny kontakt z grami fabularnymi wie – drużyna to podstawowa jednostka i to nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu – również jako grupa ludzi, która spotyka się aby wspólnie grać.

Wydawałoby się, że gra oparta na tej niezwykle intrygującej twórczości jednego z ojców współczesnej literatury fantasy powinna być jedną z najlepiej, jeżeli nie najlepiej znaną (i zarazem sprzedającą się) grą fabularną wszechczasów – ale tak się (przynajmniej w Polsce) niestety nie stało.

Dlaczego? To postaram się wytłumaczyć (z mojego punktu widzenia) za chwilkę, teraz pora na…

Kawałek historii.

MERP, znany w naszym pięknym kraju nad Wisłą pod nazwą Śródziemie: Gra fabularna, po raz pierwszy zobaczył światło dzienne w 1984 roku i przez następne 15 lat Iron Crown Enterprises – jej wydawca – rozpieszczał jej fanów coraz to nowymi dodatkami. W 1994 roku gra dorobiła się drugiej edycji, ale niestety w roku 2000 wydawca ogłosił bankructwo, co doprowadziło również do utraty licencji (spowodowane to było załamaniem się łańcucha dystrybucji na przełomie 99 i 2000 roku – kiedy to masa mniejszych dystrybutorów zniknęła z rynku, najczęściej nie płacąc wydawcom należnych im pieniędzy).

Wypada dodać, że ICE wydało również Lord of The Rings: Adventure Game (również przełożoną na język polski pod tytułem: Władca Pierścieni: Gra Przygodowa), produkt przeznaczony dla graczy dopiero zaczynających przygodę z grami fabularnymi, a mającymi ochotę na odwiedzenie Śródziemia. Spory sukces komercyjny odniosła również gra karciana Middle Earth: The Wizards, mająca tak naprawdę więcej wspólnego z grami fabularnymi niż karcianymi. Młodsi czytelnicy mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, że w latach 90-tych zeszłego wieku, rynek gier przeżywał niezwykły boom na wszelkiego typu gry karciane (i w tamtych czasach pojawiła się naprawdę masa innowacyjnych pozycji), a co za tym idzie, sprzedaż tych gier była częstokroć najbardziej dochodową częścią hobby – szczególnie biorąc pod uwagę jak niezwykle wyspecjalizowaną jest branża/rynek gier fabularnych, gdzie naprawdę trzeba ciężko rywalizować o pieniądze klienta. Ale wróćmy może do tematu MERPa.

Dziwi mnie brak miłości do fabularnego Śródziemia w polskim RPG’owym internecie. Wydawało by się, że wydanie drugiej edycji podręcznika w naszym ojczystym języku i na dodatek dorzucenie do niego jeszcze kilku (dodam od siebie, że nie najlepszej jakości) dodatków powinno być prostą receptą na sukces.

Tak zapewne myśleli ludzie z MAGa – doskonale znanego na polskim rynku wydawcy książek i gier fabularnych, kiedy około 1996 roku wprowadzili na rynek polską wersjię MERPa. Pamiętam całostronicowe reklamy w Magii i Mieczu, bardzo przystępną cenę w przedsprzedaży oraz zapewnienia wydawcy o wsparciu dla systemu zarówno w postaci artykułów we wspomnianym piśmie, jak i przekładanych na język polski suplementów.

Dziś już wiemy jak się cała ta historia skończy – MAG miał trzy lata na zakorzenienie MERPa wśród fanów gier fabularnych na polskim rynku (od 1996 do czasu wspomnianego wcześniej bankructwa ICE). A tu jak się okazuje po kilku latach – nic, system przeszedł bez echa (możliwe, że jedynie w moich kręgach, ale w pradawnych czasach, kiedy w miarę często jeździłem na konwenty MERP był albo traktowany po macoszemu, jak system o jakim się słyszało i którego należy ignorować, albo po prostu zapomniany).

Co było przyczyną takiego stanu rzeczy i co zaważyło na tym że odszedł w niepamięć? Poniżej postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Przyczyny upadku.

Pierwszego powodu „porażki” można upatrywać się w wyborze trzech przetłumaczonych na polski język dodatków (bo jedynie tyle udało się wycisnąć z licencji). Stwory Śródziemia to bestiariusz i zarówno pierwszy suplement jaki pojawił się po podręczniku podstawowym. Według mnie to słaby, ale z punktu widzenia wydawcy „bezpieczny” wybór, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę jego przydatność zarówno podczas gry jak i w czasie przygotowywania kampanii, tudzież przygód – coś przecie trzeba zabijać ;)

Bestiariusze najlepiej nadają się do przekartkowania lub do poczytania w czasie wolnym, szczególnie jeżeli szukamy bliższych informacji na temat interesujących nas bestyj znanych z Trylogii albo Hobbita, lub po prostu jeżeli chcemy pooglądać fajne ilustracje. Prawdę powiedziawszy MERP (dla mnie) to nie gra w której wycina się stwory (a potem kroi się je ze skarbów) więc taki dodatek (jak dla mnie) nie jest produktem niezbędnym podczas sesji (warto wspomnieć że i w podręczniku podstawowym mieliśmy dośc pokaźny w rozmiarach bestiariusz). Prawdopodobnie ludzie w MAGu zakładali, że fani grać będą w Śródziemie podobnie jak gra się w DnD, przedzierając się przez lochy czy też podziemia w poszukiwaniu skarbów i zabijając zamieszkujące je maszkarony. W żadnym wypadku nie mówię, że takiej kampanii w Śródziemiu nie da się poprowadzić – jak najbardziej można by grać na przykład krasnoludami, które chcą w końcu odzyskać kopalnie w Morii, szczególnie na początku czwartej ery, kiedy Balroga już tam nie ma :). Ale to niezwykle wąska ramówka biorąc pod uwagę to jak bogatym i pojemnym światem jest Śródziemie. Idąc dalej takim tokiem myślenia dlaczego ludzie z MAGa nie postarali się o przełożenie ponad 160 stronicowego suplementu poświęconego tylko i wyłącznie Morii? Wtedy gracze naprawdę dostali by do eksploracji podziemia z prawdziwego zdarzenia – w takim wypadku i przysłowiowy wilk byłby syty i owca cała. Zapewne tutaj zawinił zwykły RPGowy truizm, mówiący że każdy system powinien mieć bestiariusz i basta, bo bez niego ani rusz.

Drugim suplementem na rynku była megakampania „W Poszukiwaniu Palantira”. Po części można by zrozumieć ten wybór, szczególnie gdy czyta się z uwagą literaturę promocyjną ICE z tamtych czasów. Poszukiwanie miało być swoistym mostem pomiędzy Śródziemiem Grą Przygodową a pełnokrwistym MERPem, a nawet można go było – według wydawcy – używać jako produkt przejściowy pomiędzy MERPem a Rolemasterm. Brzmi jak bajka i w sumie rzecz wymarzona, ale jak zawsze prawda leży gdzieś pośrodku. Można by narzekać, że jest to niezwykle old-schoolowo opracowana kampania – gdzie gracze muszą „zaakceptować” misję daną im przez bohaterów niezależnych, która następnie zabierze im przynajmniej naście sesji na skończenie. Ponad 140 stron, wygląda bardziej jak opis podróży postaci wałęsających się tam i z powrotem po średnio ciekawych lokacjach w poszukiwaniu tytułowego Palantira. Według mnie to za duży ciężar, szczególnie dla ludzi, którzy właśnie odkryli ten system, a przecież MAG musiał wiedzieć, że z takimi ludźmi będzie mieć do czynienia. Kampania mogłaby być czymś co zainaugurowało by pierwszą wizytę graczy w świecie stworzonym przez Tolkiena – włącznie ze zwiedzaniem znanych z kart powieści miejsc i interakcjami z doskonale znanymi wszystkim, którzy czytali książki, postaciami. Niestety dostajemy tutaj masę zleceń typu przynieś – zanieś a następnie dowiedz się, że niestety ktoś w międzyczasie podmienił albo ukradł przedmiot, który miałeś dostarczyć (a nie miałeś na to mechaniczne ani fabularnie żadnego wpływu) i teraz musisz go odzyskać i odeskortować ponownie, bo inaczej fabuła tej kampanii legnie w gruzach. Ja w tym momencie widzę moich graczy jeśli nie sfrustrowanych, to przynajmniej przewracających oczami. Według mnie to całkowicie zaprzepaszczona okazja.

Przewodnik po Śródziemiu, którzy ujrzał światło dzienne jako trzeci to według mnie najtrafniejszy, choć i tak nie idealny wybór pośród trójki, która ukazała się nakładem MAGa. Po pierwsze stanowił doskonałą pomoc dla tych fanów i mistrzów gry, których wiedza o Śródziemiu była ograniczona i nie zamierzali oni szukać odpowiedzi na swoje pytania w książkach czy opracowaniach literackich. Ten podręcznik to swego rodzaju almanach połączony z mini encyklopedią oraz słowniczkiem. Niestety wszystkie informacje są przedstawione w bardzo suchy i pobieżny sposób, co może okazać się na pierwszy rzut oka odpychające.

Druga sprawa to całkowity brak promocji i supportu dla Władcy Pierścieni: Gry przygodowej. Można po prostu powiedzieć że produkt się ukazał i tyle. Zaprzepaszczono wspaniałą okazję na zapoznanie młodszych fanów i mniej doświadczonych fanów z całkiem przystępną alternatywą dla AD&D czy też Warhammera. A to na dłuższą metę zaawocowałoby zaineresowaniem innymi podręcznikami znajdującymi się na rynku. Na dodatek Władca Pierścieni był w pełni kompatybilny z MERPem i dodatkami, które do niego się ukazały. Naprawdę trudno wyobrazić sobie lepszą okazję.

Trzeciej przyczyny (nie tylko na polskim rynku) trzeba się upatrywać w samej mechanice. “Okrojona” wersja Rolemaster’owego procentowego maszkarona, na której ICE oparł MERPa, to twór w którym naprawdę ciężko się odnaleźć, a co dopiero połapać, nowemu graczowi lub mistrzowi gry. Żmudne, losowe tworzenie postaci, zagmatwana mechanika walki, gdzie niezwykle łatwo o śmierć postaci (co zaadresowane nawet było w Poszukiwaniu Palantira – tam gracze mogli w czasie trwania kampanii tworzyć nowe postacie w wypadku śmierci ich wcześniejszych bohaterów). Brak wyrównania mechanicznego, gdzie nawet średnia postać byłaby w stanie działać w miarę normalnie w świecie gry działającej na tej mechanice – po prostu bez rzutów powyżej 90 na stuściennej kości podczas tworzenia postaci grało się nieciekawie. Teraz wyobraźcie sobie, że ta mechanika ma oddać charakter świata stworzonego przez Tolkiena i pomóc w przeprowadzeniu przygód przynajmniej na skalę tych znanych nam z kart trylogii. Ręce same się załamują. Wspomnieć trzeba równiez o znanym nam doskonale skądinąd niezwykle leniwym designie samych postaci niezależnych – receptą na nie według autorów jest po prostu arbitralne przyznanie im najwyższych możliwych poziomów doświadczenia oraz napompowanie statystyk o wiele wyżej niż to będzie kiedykolwiek osiągalne dla postaci graczy. Nijak ma się to do materiałów źródłowych, bo gdyby poprowadzić Trylogię na mechanice MERPA, bohaterowie opowieści nie wyszli by nawet z Shire, gdyż statystyki Nazguli ich poszukujących nie mogłyby po prostu zawieść – tak są wywindowane. [dla mnie MERP to był pierwszy produkt rpgowy jaki zobaczyłem, ale przerósł nas całkowicie – dwie czy trzy sesje jakie na tym zagraliśmy były błądzeniem po omacku w gąszczu tabelek – wynieśliśmy z tego głębokie przekonanie, że te RPGi to wcale nie są tak fajne jak się mówi, i że lepiej wrócić do Diablo – nid.]

Przez te wszystkie płotki da się oczywiście przeskoczyć i zasymilować zasady zawarte w masie tabel oraz z czasem wyrobić odpowiednie mięśnie i odruchy podczas prowadzenia, ale patrząc z punktu widzenia nowego konsumenta – zasady niezbędne do poprowadzenia gry w MERPie są naprawdę wysoką barierą (szczególnie na początku). Do tego dochodzi jeszcze to, że tak prawdę mówiąc, to mechaniczenie system niezbyt wspiera to co znajdziemy w książkach Tolkiena. To troszkę tak jak bestiariusz z podręcznika do Zewu Cthulhu, gdzie każdy z przerażających kreacji Lovecrafta ma określoną ilość hitpointsów, lub statystyki czołgów oraz hałbic w podstawce do Wampira – tak na prawdę cieżko powiedzieć dlaczego się tam znalazły i jaki ma cel jeżdzenie czołgiem bedęc wampirem ;) To bardziej przytyk do ICE a nie do MAGa, możliwe nawet, że to jedynie moje widzimisię i większości z was, którzy grali w MERPa, mechanika całkowicie nie przeszkadzała.

Co można by było zmienić?

Według mnie suplementem naprawdę wartym publikacji byłby produkt, który zaczepiłby fanów w Śródziemiu. Mówiąc o „zaczepieniu fanów” mam na myśli produkt dzięki któremu wydawnictwo MAG miałoby jasno określone i szeroko otwarte okno do świata gry, wyznaczające prosty kierunek wyboru przyszłych zarówno licencjonowanych lub też niekoniecznie licencjonowanych publikacji. Decydując się na wybór jednego z niezwykle wyczerpujących dodatków o regionach (Realms), można by następnie rozpocząć publikowanie prostych przygód w Magii i Mieczu toczących się w tych okolicach, następnie rozszerzyć je o dodatkowe materiały źródłowe, postacie niezależne, pomysły na kampanie, opisy nowych, ciekawych miejsc – tak, jak to zwykle rozbudowuje się nowy setting od zalążka. W takim wypadku bardziej doświadczeni mistrzowie gry dostali by do rąk narzędzie wyznaczające i jasno określające fundamenty, pozwalające im na nich swobodnie budować, ponieważ kiedy tylko zrodziłoby się pytanie spokojnie można by było znaleźć na nie odpowiedź na jednej ze stron wspomnianego dodatku o regionach. Od siebie sugerowałbym na początek opublikować The Shire – z jednej strony jest to kraina bardzo dobrze znana nawet tym, którzy o Śródziemiu wiedzą niewiele, a z drugiej region wciąż kryjący w sobie wiele tajemnic i niedopowiedzeń, prezentujący wyzwanie dla graczy oraz możliwość eksplorowania go przez wiele sesji. Jako przeciwwagę możnaby zawsze zaproponować Arnor, którzy w przeciwieństwie do Shire – dodatku napisanego od podstaw do drugiej edycji, zbierał w sobie informacje zawarte w piątce suplementów* wydanych do pierwszej edycji – oczywiście poszerzając je znacząco względem tego co można było znaleść we wcześniejszych wydaniach. Arnor to dzika i opuszczona kraina znajdująca się na północ od Shire – a dzikie krainy do eksplorowania to podstawa w awanturniczych grach fabularnych, a zatem i dobrze znane terytorium dla fanów takiego stylu grania.

W późniejszym terminie można by się było pokusić o publikacje jedego z podręczników z serii Citadels takich jak Lake Town, Moria czy też Minas Tirth. Ta seria cechuje się niezwykle dokładnymi charakterystykami opisanych w niej miejsc, włączając w towyczerpujące mapy loakacji i te wszystkie informacje, których przywykliśmy się spodziewać – lokalny folklor, histoia, bohaterowie niezależni, pomysły i zalążki przygód. Wcześniej wspomniałem, że Moria to matka wszystkich Dungeon Crawli i ulokowana jest niezwykle przystępnie o kilkanaście dni drogi od Shire. Minas Tirth i Lake Town to „miasta pełną gębą”. Z tej dwójki sugerowałbym bym na początek Lake Town – Minas Tirth to prawdziwa metropolia a ogrom informacji zawartych w suplemencie jej poświęconym będzie w stanie przytłoczyć każdego (a co dopiero tu mówić o ludziach rozpoczynających zabawę z naszym hobby). Za Lake Town przemawia jego niezbyt duży rozmiar, interesująca lokacja nie tak znowu daleko od Shire, oraz fakt tego, że jego okolice to obszar potraktowany trzoszkę po macoszemu w prozie Tolkiena, a co za tym idzie zostawiający otwartą bramkę do spekulacji – i jednocześnie doskonały obszar dla bardziej kreatywnych Mistrzów Gry, którzy chcą stworzyć coś swojego, co nie będzie w konflikcie z informacjami już zawartymi w Trylogii czy Hobbicie. Po prostu pierwszorzędna baza do wypadów w dzikie knieje.

Northwestern Middle Earth Gazetter jest moją ostatanią sugestią dodatku. Jest to skondensowany atlas północno-zachodniego Śródziemia do którego dołączona jest mapa regionu dużego formatu. Na prawie 130 stronach, autorzy zawarli informacje na temat obszarów geograficznych, królestw, krain, lokacji (zarówno tych uczywilizowanych jak i dzikich), jak i innych mieszkańców posiadających swoje strefy wpływów w tym regionie (Balrogi, Smoki, Orły, Czarodzieje czy też Niemartwi). Jak zapewne sobie wyobrażacie, informacji jest co nie miara począwszy od organizacji politycznej, władców, wielkości populacji, ustroju politycznego, dóbr przeznaczonych na eksport (jeżeli takie oczywiście instnieją) aż po siły zbrojnych  każdego z opisanych w nim miejsc. Jakby tego było mało te dość suche dane w każdym wpisie wieńczy, często kilku paragrafowa notka przybliżająca nam historię oraz ciekawe fakty, częstokroć uzupełniane bardziej poetyckim opisam danego obszaru, miasta czy też grupy wpływów. Jest to naprawdę polecana pozycja dla ludzi zainteresowanych tworzeniem własnych przygód i kampanii  i jednocześnie fajna „ściągawka” dla tych, którym nie uśmiecha się szukanie informacji geograficznych podczas przygotowań do lub prowadzenia sesji.

Nie nalezy zapominać o nieodżałowanej „Magii i Mieczu”, który w dawnych czasach był jedynym branżowym pismem regularnie ukazującym się na rynku i szczególnie z MAGiem jako jego wydawcą można było ten magazyn wykorzystać o wiele lepiej do promowania systemu na polskim rynku. Przygody, bohaterowie niezależni, lokacje, opowiadania – tego typu materiały nie zabierają wiećej niż strona dwie, a spełniają podwójną rolę – po pierwsze – rzecz oczywista – dodatkowe materiały do wykorzystania podczas gry, które jednocześnie mogą być postrzegane jako zapewnienie ze strony wydawcyo tym, że sysme ma się dobrze i że fanowie nie są traktowani po macoszemu i nikt nie zamierza zostawić ich na lodzie. Po drugie – to darmowa promocja systemu – przecież Magii i Miecza nie kupowało się jedynie dla kilku stron, któe nas interesowały, a nawet jeśli tak, to zawsze czytało się to pismo od deski do deski (bo w tamtych czasach był ogromny  głód na jakąkolwiek informację o grach fabularnych), przez co ludzie, którzy nie mieli pojęcia o MERPie mogli zaznajomić się z matariałami do niego zamieszczanymi, a jeśli byłyby to materiały o przynajmniej średniej jakości, nie byłbym zaskoczony gdyby taki zabieg przyczynił się do wzrostu sprzedaży a tym samym popularności podręcznika w naszym kraju.

Na zakończenie.

Mnie najbardziej boli to, że polscy gracze nie będą w stanie ujrzeć i przeczytać tego multum dodatków które ukazały sie do MERPa po angielsku. Większość informacji w nich zawarta jest (niestety) nieoficjalna (z punktu widzenia uniwersum i purystów Tolkiena), ale według mnie ICE naprawdę odwaliło kawał dobrej roboty opisując bliski i daleki Harad oraz krainy leżące na południe od nich. Na przykład za Haradem znajduje się ogromna dżungla z miastami-stanami rządzącymi przez potężnych czarnoksiężników, którzy mieli własne plany co do przyszłości Śródziemia – wliczając w to zerwanie z niebios słońca i na zawsze spowicie świata w ciemności, ale to opowieść na inny wpis ;) Znajdują się też i kwiatki w stylu parowego zasilania twierdz Nazguli (jak ma to miejsce w Dol Guldur), co wydaje się dość odjazdowe (szczególnie po obejrzeniu Trylogii Petera Jacksona i scen z Isengardu), ale naście lat temu przynosiło na twarz drobny uśmieszek pobłażającego politowania.

Na uwagę zasługuje jeszcze dbalość o mapy i ich jakość. Pete Fenlon (jeden z ludzi zawiadaujących linią wydawniczą MERPa), raz za razem odwalał na prawdę kawał doskonałej, niezwykle dokładnej i peiczołowitej kartograficznej roboty. Dzisiaj zapoczątkowaną przez niego tradycję można podziwiać na stronach takich jak Lindefirion gdzie do zakupienia znajdziecie doskonale prezentujące się fanowskie wersje map tego bardziej jak i mniej znanego Śródziemia.

Dodatki do MERPa prawie zawsze dostępne się na amerykańskim EBAYu, ale pomijając większość pierwszoedycyjnych pozycji, które wycenione są z reguły dośc przystepnie – wszystko co ukazało się do edycji drugiej ma ceny iście zaporowe (i to nie tylko na polskie realia), rzadko schodząc poniżej 100$ za podręccznik. Cóż, takie prawa rynku (szczególnie gdy popyt na nie nie maleje), podobnie ma się sprawa z innymi Świętymi Grallami RPGowymi jak podręcznik podstawowy do Dune RPG (całkowicie nie wart swej ceny), lub też podstawka do drugiej edycji Nobilis.

I jeszcze uwaga z zupełnie innej beczki – zauważliście jak nieszczęśliwą jest licencja na Tolkienowski śwat? Wydawałoby się, że ślęczy nad nią jakaś klątwa – najpierw ICE traci prawa i bankrutuje, potem Decipher z ich Lord of The Rings Roleplaying Game – tą ze zdjęciami z filmu i całkiem fajnym dodatkiem o Morii – spotyka podobny los. Na ostatnim Genconie widziałem komplet wszystkich dodatków za około 35$ – i nie było chętnych na zakup. Licencja następnie obija sie przez kilka lat i wreszcie podnosi ją Cubicle 7, ale na efekty tego jak ją potraktują przyjdzie nam jeszcze chwilke poczekać. Ostatnio chodzą słuch, że ich gra, nosząca tytuł The One Ring RPG zostanie wydana jako boxed set – jak dla mnie bomba, bo osobiście uwielbiam takiego typu wydania. Jednak fakt, że gra miała ukazać się w drugiej połowie zeszłego roku i dotąd jej nie widać nie napawa zbytnim optymizmem. Czyżby znowu klątwa? :D [jeśli połączyć obsuwy jakie zwykle serwuje nam Cubicle 7 z pechem Śródziemia, to chyba nie ma się na co nastawiaćw ciągu najbliższego roku czy dwóch :-) – nid]

Wiem, że takie dyskusje są niezbyt konstruktywne, ale wiedząc to co wiemy aktualnie, oraz biorąc pod uwagę to, że MERP jaki znaliśmy (i kochaliśmy, przynajmniej w moim przypadku) już na zawsze pozostanie martwy – gdybanie to jedyna rzecz, jaka nam się ostała. Nie pozostaje mi nic innego, niż zapytać was, czy znacie lub domyślacie się innych powodów, lub macie jakieś inne sugestie co do tego, co można by było zmienić planując linię fabularnego MERPa na polskim rynku. Jak w każdmy naszym wpisie – zapraszamy do dzielenia się swoimi uwagami w komentarzach.

*Piątka dodatków o których wspominam przy okazji Arnoru to: Rangers of the North, Lost Realm of Cardolan, Hillmen of the Troolshaws, Bree and Barrow-downs oraz Thieves of Tharbad. (Te oraz inne dodatki mogą albo i nie znajdować się do wglądu na stronach pokroju scribd).

EDIT: Zapomniałem podlinkować jeszcze jedną fajną stronę / archiwum gdzie znajdziecie wszystkie numery Other Hands (starego maga wydawanago do MERPa przez ICE) i Other Minds (undergroundowego następcy OH). Ostatni numer Other Minds datowany jest na Listopad 2010 – więc widać, że cały czas się coś w śwaitku MERPowym i okolicach dzieje.

Wyważając otwarte drzwi…

Marzec 14, 2011 26 Komentarzy

Zastanawialiście się kiedyś głębiej nad tym dlaczego fani gier fabularnych zagrają w każdą inną grę, tylko nie grę z plakietką indie na niej? Ja i moi znajomi dumamy nad tym pytaniem od lat.

Niezwykle ciężko mi pojąć taki „fenomen”, taką zawiść i taką niechęć do innych gier, niż ta w ktorą aktualnie gramy, „lubimy” i którą uważamy za „naszą”. Czy nie jest to dla was dziwne? Zastanówcie sie – czy bedąc fanem jakiegoś medium ograniczacie się wyłącznie do jakiejś jego jednej i bardzo wypecjalizowanej części?

Weźmy na przykład gry planszowe – czy osoba mieniąca się „fanem” planszówek ogranicza się jedynie do jednej gry, i jeśli znajomy przynosi coś nowego i chce w to zagrać, to zostaje wręcz wyśmiany, po czym nasz fan idzie w zaparte, że za nic w świecie nie będzie w to grać, bo przecież ma tę jedną grę, która mu wystarcza?

Czy fan filmów ogląda w kółko tylko jeden „klasyk”, nie interesując się tym co wkoło niego dzieje się w światku filmowym, albo czy mól książkowy nie szuka nowości, tylko zaczytuje się w tej jednej ksiażce, którą zna bardzo dobrze i uważa że nowość nie może mu niczego dać, bo to co on/a zna musi byc najlepsze?

Idąc dalej: czy grając w gry komputerowe lub konsolowe nie pożyczamy gier od znajomych? Przecież jeżeli spotkalibyście fana zagrywającego się do dzisiaj w PONGa, twierdzącego że wszystko inne to miernota, że postęp jaki nastąpił w ostatnich latach na polu grafiki i złożoności gier to coś, co trzeba wyszydzić i wrócić do tego co jest „grą najlepszą”, to jasno zobaczylibyście, że coś tu jest nie w porządku. Nawet jeżeli dany osobnik grałby w coraz to nowsze iteracje Pong lub Tetrisa (Pong HD :D), to pewnie byłoby go wam troszkę żal, ponieważ z niewyjaśnionych powodów nie zamierza on spróbować czegoś nowego, i nie wie co traci nie poszerzając swych horyzontów.

Przecież to co napisałem powyżej to sprawa normalna. Dzielimy się grami konsolowymi, gramy wpólnie w multum gier planszowych, pożyczamy sobie książki, i podobnie sprawa ma się z filmami. Dlaczego nie robić tak z grami fabularnymi? Dlaczego zamykać się w swojej kryształowej twierdzy czy wieży z kości słoniowej? Czy i jeśli tak, to przed czym jest to mechanizm obronny?

W żadnym razie nie jest to przytyk w stronę tych, którzy grają w DnD (PONGa gier fabularnych ;)), nie zamierzam też dawać wam rad na temat tego jak można by przebić tę ścianę pogardy i niechęci w stosunku do tego co nowe. To tylko krótka refleksja nad ogromnym problemem naszego hobby, która – mam nadzieję – da wam kapkę do myślenia.

Tekst ten został zainspirowany latami zmagań i nakłaniania ludzi do spróbowania czegoś co nowe. Po prostu odechciało nam się ewangelizować i zamiast się tłumaczyć co fajnego jest w grach indie, po prostu teraz pytamy się takich delikwentów czy grają tylko w jedną planszowkę, grę na konsoli, czy też ogladając w kółko jeden i ten sam film. Najczęściej ich superdefensywna odpowiedź przynosi jedynie uśmiech na naszych twarzach – zawsze znajdzie się masa powodów oraz wymówek dlaczego tak jest, ale nigdy nie dostaniecie prostej argumentacji wyjaśniającej dlaczego jest tak jak jest.

Na koniec pytanie – czy zdarzyło wam się kiedyś doświadczyć czegoś podobnego (co mnie osobiście zdarza się multum razy podczas każdego konwentu), i jeśli tak, to jak najczęściej reagujecie na takie podejście waszego rozmówcy? Jak zawsze, zapraszam do dyskusji poniżej.

Kategorie:publicystyka Tagi: ,

Słowem wstępu

Luty 22, 2011 2 Komentarze

“Reviews are completely subjective. Realizing that allows you to use them as a tool or entertainment. Any reviewer who says they do not write subjective reviews is a fool. Anyone who believes that, is an even bigger fool.” – Zodiac Lung on the Internet

Cytat ten jest kapkę wyjęty z kontekstu – Zodiac Lung używa go do zobrazowania swojej tezy, iż recenzje (przez swój wrodzony subiektywizm) nie są nikomu zbytnio potrzebne, a ludzie piszący darmowy materiał w internecie powinni skupić się bardziej na artykułach czy wywiadach. Oczywiście Zodiac pisał o stanie blogów muzycznych, a tutaj o muzyce często pisać nie zamierzamy… ale cytat jest wart uwagi, a my powróćmy do tematu.

Blog to blog, dzisiaj problemem nie jest jego założenie, ale wypełnienie go czymś, co ludzie którzy do niego trafią przeczytają, przemyślą, (miejmy nadzieję że) spodoba im się to co przeczytali – po czym wpis skomentują i co najważniejsze, dzięki temu co wcześniej przykuło ich uwagę – wrócą na niego kiedy pojawi się na nim jakiś nowy materiał.

Zamierzamy pisać o starociach i o rzeczach nowych z naciskiem na rzeczy w kraju nad Wisłą mniej znane. Warto mieć na uwadze to, że nasz styl grania i postrzegania gier fabularnych może diametralnie różnić od tego jak Ty droga czytelniczko tudzież czytelniku do gier podchodzisz. Według nas taka sytuacja jest jak najbardziej normalna – nie znaczy to, że ludzie, których nie rusza to co rusza Was są w jakikolwiek sposób od Was gorsi, zacofani, nieobeznani lub potrzebują reedukacji – jakby wszyscy grali w taki sam sposób, gry fabularne byłyby hobby niezmiernie nudnym, nieprawdaż? Przynajmniej my to tak widzimy.

Mając to na uwadze pamiętajcie o tym aby podczas czytania wpisów na meblościance (i komentarzy pod nimi) zawsze mieć otwarte głowy i horyzonty (na nowe i niekoniecznie złe [bo inne] z zasady idee). Zastanówcie się dwa, trzy razy zanim podzielicie się z nami, lub naszymi czytelnikami Waszymi przemyśleniami i doświadczeniami. Nie doszukujcie się w tym co napisane drugiego dna, nie warto, o wiele łatwiej będzie wam nawiązać z nami (wszystkimi) dialog, jeżeli założycie, że osoba która siedzi gdzieś daleko przed monitorem i do której się zwtacacie nie ma ukrytej agendy, a w tym co pisze i czym się z wami dzieli ma jedynie Wasz jak najlepszy interes.

Nie jest to nasz pierwszy blog o grach fabularnych i ich okolicach i możemy was zapewnić, że nie będzie on ostatnim. Inauguracyjny cytat obrazuje nasz stan umysłu – chcemy podzielić się z wami materiałem, którego w polskim blogowo-fabularnym świecie jest jak na lekarstwo.

“The first rule of book reviewing is to review the book that was written, not the one the reviewer thinks should have been written.”

Do przeczytania.

– Dro i Juliusz (nid)